Szukaj w Necie?
Tym razem górskie klimaty łapałem na "Kursie wspinaczki skałkowej" Mail do xTomka Dodaj do Ulubionych Ustaw jako Startową
"No dobra, zabieramy szpej i spróbujemy przymierzyć się do jakiejś skałki" - takim mniej więcej tekstem Marek (nasz instruktor) zachęcił nas do pierwszego wspinu, czyli wspinaczki :-)
Góry Sokole, niedaleko Jeleniej Góry. Spokojny klimat skałkowy, las dokoła, drewniane schronisko i mnóstwo koneserów łażenia po pionowych granitach. A ja wśród nich, choć koneserem chyba nie zostałem ;-)
       


Adrenalina wzrasta do poziomu krytycznego już pierwszego dnia. Włazimy na 30 metrową skałkę (po schodkach dla turystów), ale zejść już musimy nie-po-schodach. Wbrew pozorom zjazd z 10 piętra na linie może być dla początkujących ekstremalnym przeżyciem. I dla naszej czwórki jest!
Najpierw oczywiście zapoznanie ze sprzętem: karabinki, zakręcane, nie-zakręcane, ekspresy, płytka Stichta, rewerso, gri-gri, repiki, taśmy, liny, oczywiście uprząż do zestawu. No i parę węzłów do nauczenia. I do boju! W dół!
       
W sumie "w dół" okazało się całkiem fajne. Gdy parę dni później zjeżdżaliśmy tak z ok. 20 piętra i to z przesiadką po drodze, to robiliśmy to z uśmiechem (no prawie wszyscy z uśmiechem). Gorzej było "w górę" - przynajmniej dla mnie. Jakoś nie mogłem uwierzyć, że na samych palcach można się utrzymać, a 2 centymetry skały pod nogą, to "porządny stopień". I mimo, że Marek leżąc sobie na dole, na trawce, pokrzykiwał radośnie "Dawaj, dawaj!!!", to niektóre ścianki okazały się przerastać moje możliwości. Ale takie drogi jak "Brzózka", "Żubr", "Krwawa rączka" (zgadnijcie skąd nazwa? ;-) okazały się "do zrobienia". Każdy sukces dawał kolejną dawkę energii, co było potrzebne, zważywszy, że codziennie siedzieliśmy w skałach jakieś 8 godzin.

       
Za to wieczorkiem zasłużeni kursanci zasiadali przy drewnianym stole, w naszym klimatycznym schronisku o wdzięcznej nazwie "Szwajcarka" (to ze względu na podobieństwo do schronisk w Szwajcarii) i wspólnie świętowaliśmy większe lub mniejsze sukcesy pracowitego dnia. Najwięcej powodów do świętowania miała najmłodsza kursantka - trzynastoletnia Olga. Aż wstyd nas czasami łapał, gdy widzieliśmy, jak śmiga po ścianach i przymierza się nawet do 6.1 (skala trudności dróg wspinaczkowych. Tak dla porównania: tatrzańska Orla Perć ma jakieś 2+, ja dałem radę na 3+, Sebastian 4+, no, a Olga przeskoczyła 6). Ale, to pewnie przez to, że miała mniej "masy" do dźwigania ;-)
       
       
       
"Do wspinaczki trzeba mieć trochę wiary!" - krzyczał z dołu Marek. "No to ja chyba mam za mało!" - krzyczałem z góry, trzymając się kurczowo skały trzema palcami. "Jak spadnę, to dasz mi rozgrzeszenie?" - pytał Sebastian z górnych ekstremów, wywołując ogólne zdziwienie wśród innych wspinaczy, no bo to w sumie rzadki widok: ksiądz w skałach. Pod koniec kursu zgodnie stwierdziliśmy, że to również, rzadki komfort mieć księdza "w razie czego" - oczywiście każdy zakładał, że to "w-razie-czego" nigdy się nie stanie, bo przecież liny, węzły, zabezpieczenia... Ja tam na wszelki wypadek codziennie rano mszę odprawiałem ;-) Co zresztą, jak zawsze w górach, przyprawia mnie o dreszczyk wzruszenia. Ołtarz z jakiejś ławki, albo skały, poranne mgły unoszące się nad dolinami, szum lasu, ptaki... najpiękniejsze świątynie świata... parę razy za "wiernych" robił schroniskowy kot Czarnuch i pies przybłęda - Gandi, którzy pewnie nic nie kapowali, ale kto wie, na swój sposób pewnie też wielbili Stwórcę :-)
       
       
       
Niestety czas szybko mija, gdy jest "miło i miło", więc po tygodniu trzeba było kurs wspinaczkowy zakończyć. I muszę powiedzieć, że jednak wolę wędrowanie (nawet wysokogórskie) niż wspinanie. Ale nowe doświadczenie, to zawsze coś, co nie? W każdym razie w przyszłym roku trzeba będzie już coś "normalnego" wymyślić ;-)
       
   

by xTomek SAC