Szukaj w Necie?
Hardcorowy spływ Słupią, czyli "lodzio-miodzio, albo przynajmniej miodzio" :D Mail do xTomka Dodaj do Ulubionych Ustaw jako Startową
Spływ górską rzeką do morza, czyli rzecz o wywrotkach, przyrodzie i 24 śmiałkach, co z Bożą pomocą przewodnikiem Pascala posługiwać się nie boją ;)

       
Raport spisał kapitan Marek
Dowódca ORP "Żółw"
 
       
Główna część naszej ekipy zebrała się w poniedziałek na Dworcu PKP w Poznaniu, kilka osób dołączyło w pociągu w trakcie trasy. Po podróży pierwszą klasą (a co?! nie stać nas?! ;-) przyp. Redakcji) wysiadka w Słupsku, jeszcze tylko godzinka jazdy autokarem i już jesteśmy na miejscu, Gowidlinek wita. Ustalamy kto z kim i gdzie śpi w namiotach i zabieramy się za ich ustawienie.
       

       
Potem już tradycyjne formowanie sekcji: kuchennej, ogniowej, muzycznej, liturgicznej i medycznej. Msza na molo, przeżycie ciekawe i czyniące przyszłe spływowe doznania bardzo obiecującymi. Późnym wieczorem, przy ognisku wzajemne poznawanie się, śpiewanie no i oczywiście, jedzenie :-) Na kilka chwil dołączyła do nas grupka miejscowych, również z księdzem, śmiechu było co nie miara.
W nocy przeszła burza, skutkiem było zalanie jednego namiotu. Jak się miało potem okazać, jedyne oberwania chmury były w pierwszą i ostatnią noc. Natomiast przez resztę spływu Dobry Bóg uraczył nas przepiękną pogodą.
       

Następnego dnia dojechały do nas nasze "okręty", a po medytacji ruszyliśmy w pierwszy rejs. Jezioro Gowidlińskie zaskoczyło nas całkiem niezłymi falami, ale chrzest bojowy wypadł pomyślnie. Choć sam Admirał przyznał się później do nucenia pod nosem: "Gdy na morzu, wielka burza, Jezus ze mną w łodzi jest" ;-)
Z kolei nocna msza na pomoście w Sulęczynie należała w mojej opinii do jednej z najbardziej klimatycznych w czasie całego spływu.
       
W środę, po odstawce bagaży i wymianie kajaków oraz wioseł na bardziej bojowe modele, zaatakowaliśmy Rynnę Sulęczyńską. Liczyliśmy się z możliwością "rozerwania lub przepołowienia kajaków" (wg przewodnika Pascala). Tymczasem tzw. "premia górska" okazała się dla większości z nas rozczarowaniem. Niektóre ekipy w ogóle nie były zmuszone wychodzić z kajaków, nie mówiąc już o ryzyku ich zniszczenia.
       

       
W ciągu całego dnia zdarzyły się tylko 1 podtopienie (okręt ORP Msza), i 1 przewrotka (Ogniomistrz z dziewczyną - przy wysiadaniu z kajaka, więc to się nie liczy ;-)
Zatrzymaliśmy się na kempingu "Kajlandia", gdzie spodobało nam się na tyle, że zostaliśmy tam przez cały czwartek. Dzięki temu mieliśmy okazję nie tylko do mszy, ale też dwóch medytacji i dwóch pysznych obiadków w pobliskim Sulęczynie (o grze w siatę, wizycie w pobliskiej stadninie i opalaniu się nie wspominając).
       

       
W piątek załadowaliśmy się z bagażami do "starych" kajaków i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przy wejściu na J. Żukowskie odtańczyliśmy "Jezioro łabędzie". W miejscowości Młynki zmuszeni zostaliśmy do przenoski, przy której niestety ucierpiał sprzęt techniczny Admiralicji :-/ Na szczęście, wykazał się on, a przynajmniej jego część, zdumiewającą odpornością na uszkodzenia. W Soszycy uczestniczyliśmy w pierwszej mszy, gdzie za ołtarz posłużył kajak. Wieczorem nasze kochane dziewczyny zrobiły jajecznicę z 60 jaj, którą wszyscy zjedliśmy ze smakiem. Sobota miała się okazać najcięższym dniem całego spływu. Wtedy dopiero poznaliśmy znaczenie bardzo ostatnio modnego słowa "hardcore" ;)
       
Pełno powalonych drzew, wąskie przejścia, powtarzające się do znudzenia opuszczania kajaków w celu ich przepchnięcia przez przeszkody. ORP "Błyskawica" (Agata + Filip) zaliczyła 1,5 wywrotki. Było ciężko. Dwie ostatnie ekipy uznały, że nie uda się im dopłynąć do obozowiska przed zapadnięciem zmierzchu. Na szczęście znaleźli nocleg w leśniczówce, gdzie akurat bardzo mili leśniczy mieli imprezę ;D Tymczasem marynarze z głównej eskadry uczestniczyli we mszy pod pięknie rozgwieżdżonym niebem. O trudności tego odcinka spływu może świadczyć fakt, że w czasie mszy gitarę zastąpiło... chrapanie Kuby-gitarzysty ;-)

 

       
W niedzielę maruderzy dopłynęli do sił głównych, które robiły sobie całodniowy odpoczynek. W tym dniu pożegnała się z nami Agnieszka (jedna z pięciu, hehe), w zamian przyjechała jej siostra (stąd też liczba 24 uczestników we wstępie niniejszego tekstu, gdyż etat spływowy liczył 23 marynarzy + gitara). Wieczorem msza, medytacja i ognicho w drewnianym tipi (pyszna zapiekanka - przepis tutaj). Poniedziałkowy odcinek był lekki, niektórzy skorzystali nawet z okazji aby umyć włosy na środku jeziora, czasem w dość niekonwencjonalny sposób :-)
       

       
Wieczorem znowu kajak posłużył za ołtarz. Ogólnie mimo, że spływ nie miał charakteru tak rekolekcyjnego, jak według pierwotnego planu (zmęczenie dawało się ostro we znaki), to i tak wspólnotę ludzi zjednoczonych wokół Chrystusa dało się wyraźnie odczuć. Wtorek upłynął pod znakiem dwóch wywrotek. M.in. będący w opałach kajak Macieja i autora na skutek nieporozumienia został jeszcze dobity taranem. W pamięci wielu osób pozostanie również dyskusja przy ognisku pt. "Czy piekło naprawdę istnieje?" Czasem wnioski czy pytania były piekielnie... śmieszne. W Łosinie odbyła się również ostatnia medytacja.
W środę przepływaliśmy przez Słupsk. Kierowanie się Przewodnikiem Pascala przy wyborze właściwej odnogi rzeki skończyło się dla czołowych ekip na wiosłowaniu z powrotem pod prąd. Na szczęście, suty, miejski obiad wynagrodził im to całkowicie. Namioty rozbiliśmy w Bydlinie, na prywatnym terenie (dzięki uprzejmości właściciela). Wieczorna msza była niecodzienna z powodu Komunii połączonej z kilkuminutową adoracją. Ostatniego dnia pływania (czwartek) dwie załogi zaliczyły wywrotki, i to w tym samym, dość podstępnym miejscu. Na szczęście, w pobliżu znajdowała się Eskadra Czerwonych Jedynek. Czterech równych gości, również poznańska ekipa, którą poznaliśmy na trasie trochę wcześniej. Bez nich zbieranie się do kupy trwałoby znacznie dłużej, a straty byłyby większe.
Po dopłynięciu do Ustki, rozładowaliśmy swoje klamoty na luksusowym (bo wyposażonym w prysznice :D) polu kempingowym. Potem co zuchwalsi (za zgodą bosmanatu) wpłynęli do portu, a następnie na morze.
       

       
Dla plażowiczów musiał być to niezwykły widok: 12 kajaków w szyku torowym, opływających falochron i lądujących na plaży. Tutaj nastąpił oficjalny koniec spływu i chrzest nowicjuszy. Tutaj też właściciel kajaków przyjechał odebrać co jego, racząc nas przy okazji wyśmienitym obiadem.
       

       

Po mszy na kempingu najbardziej wytrwali udali się na miasto w poszukiwaniu dobrej imprezy. Znaleźliśmy ją oczywiście na... pokładzie okrętu, "Dragona" - piracki statek zakotwiczony w usteckim porcie.
       
Piątek to czas beztroskiego obijania się na słonecznej plaży. Planowaną tam wieczorną mszę trzeba było jednak przerwać z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Co prawda front burzowy był widoczny już od wielu minut i to z daleka, ale siła wiatru, jaki przyszedł w pewnej chwili zaskoczyła chyba wszystkich. Tak więc msza ostatecznie odbyła się w świetlicy, na kempingu. Tutaj, zamiast kazania, każdy z nas miał okazję podzielić się swoimi przemyśleniami i wrażeniami. Sobota to już tylko poranne pakowanie się i kurs na dworzec w Ustce pod dowództwem Kontradmirała. Sam Admirał i parę innych osób musiało wrócić do domów (albo na wesela;)) nieco wcześniej.
W przedziałach pośpiewaliśmy sobie z gitarą po raz ostatni. Na dworcu PKP w Poznaniu pożegnaliśmy się, ale nie na długo. Wiemy bowiem, że dzięki Chrystusowi jeszcze nieraz będziemy mieli się okazję spotkać, choćby na mszy. A poza tym, jest już zaplanowana wspólna impreza :-)

A zatem, do niedługiego Ahoj!
       
 

by kapitan Marek, dowódca ORP "Żółw"

       
I jeszcze na koniec:

KILKA INFORMACJI PRAKTYCZNYCH by xTomek

oraz

POPRAWKI DO PRZEWODNIKA PASCALA by xTomek

       
       

FILM ----->