|
Najpierw
zadbaliśmy o aklimatyzację. Wspinaczka powyżej 3000m może
dać się we znaki ze względu na niskie ciśnienie (na szczycie
Mont Blanca jest tylko 650 hPa! Norma na nizinie to ok. 1000
hPa) oraz mniejszą zawartość tlenu w powietrzu. Serce i
płuca muszą się do tego powoli przyzwyczajać, inaczej grozi
tzw. choroba wysokościowa. Są różne sposoby aklimatyzacji.
My wybraliśmy "francuski", tzn. wejść wysoko za dnia - zejść
niżej na nocleg. I tak coraz wyżej.
Niestety
pogoda pokrzyżowała nam plany. Już w pierwszy dzień deszcz
przegonił nas z 2300m, a w drugi... no to się działo! Po
południu przyszły masakryczne chmury, a my na środku lodowca
Argentiere (chcieliśmy iść do schroniska na 2700, a na
następny dzień na przełęcz na 3700). Ścieżka w śniegu dawno
zniknęła (zresztą byliśmy tam w czerwcu, czyli przed
sezonem, więc w ogóle mało ludzi było - kempingi są puste,
schroniska Gouter i Tete Rousse mało obciążone - mieliśmy
nawet miejsca na łóżkach!, a w nocy na szczyt Mont Blanca
wychodziło z nami "tylko" 50 osób). Zaczęło się robić
ciemno, wokół nas jedno gęste mleko, idziemy na kompas i
mapę… i mogliśmy minąć schronisko choćby o 20m i pewnie
byśmy tego nie zauważyli. W końcu decyzja - czas pomyśleć o
przetrwaniu. Znaleźliśmy przytulną skałę, przy niej
wykopaliśmy czekanami przytulną jamę śnieżną, no i chcąc nie
chcąc spędziliśmy noc w "lodówce" na wysokości 2600m.
Wieczorem żegnaliśmy się ze sobą... bo nie wiadomo, czy
wstaniemy (-15 stopni robi wrażenie). Było ekstremalnie, i
to na maksa! Rano, o świcie, gdy zobaczyliśmy, że mgły już
nie ma i że widać szczyty i że może jednak przeżyjemy -
dostaliśmy takiej głupawki, jak nigdy. A jak zeszliśmy do
cywilizacji (czyli do wyraźnej ścieżki, na której się nie
zgubisz, choćby lało i trzaskało) odprawiłem taką mszę
dziękczynną, jak nigdy w życiu! Dziękowaliśmy
Bogu po prostu za to, że żyjemy. Czad!
Co do jamy
śnieżnej, to chyba przeżyliśmy tylko dlatego, że jesteśmy
Polakami ;-) Bo, jak Francuz idzie do schroniska, to bierze
plecak z kanapką i wodą mineralną, oraz gruby portfel. A my:
przecież za pościel płacić nie będziemy - no to bach,
śpiwór. Za wodę też nie - no to bach, maszynka gazowa i
menażka do topienia śniegu. Za jedzenie tym bardziej nie! No
to bach, prowiant do plecaka. W sumie byliśmy wyposażeni
nawet w folię ratunkową NRC (a'propos - bardzo przydatna w
takiej sytuacji!). Szanse więc mieliśmy spore ;-)
Następnego
dnia - pokornie - wsiedliśmy do kolejki linowej i za
"jedyne" 40 Euro myknęliśmy "na skróty" na 3800m na Agile du
Midi. Tam powędrowaliśmy do schroniska Cosmiques i z
powrotem.
Okazało się
jednak, że nasza aklimatyzacja zupełnie wystarczy. W czasie
ataku szczytowego Paweł miał tylko lekki kaszel
"wysokościowy", a mnie głowa bolała przez 20 minut
przy schodzeniu. Ci, którzy mieli kiedykolwiek "wysokościówkę"
wiedzą, że to nic, w porównaniu np. z wymiotami, biegunką,
totalnym osłabieniem, bezsennością itp. Wielu odpuszcza tuż
przed szczytem z powodu złej aklimatyzacji. W zasadzie na
Mont Blancu, który nie jest aż tak trudnym szczytem,
załatwić cię mogą 4 rzeczy: brak aklimatyzacji, załamanie
pogody, odwodnienie oraz ewentualnie amatorzy na szlaku
(wymijanie na stromej i wąskiej grani jest miejscami dość
"ciekawe" ;-) Jose mógłby poświadczyć - jego dwaj kumple
wymiękli z powodu "wysokościówki" na godzinę przed szczytem.
Aż żal było patrzeć. Jose dołączył więc do nas, jako, że
było nas tylko dwóch, a optymalna liczba w asekuracji na
lodowcu i na grani to Trójka. Więc i my się ucieszyliśmy :-)
Atak
szczytowy postanowiliśmy poprowadzić "od samego dołu".
Wyruszyliśmy z miejscowości Les Houches (1100m). 90%
"zdobywców" podjeżdża kolejką Tramway du Mont Blanc
do stacji Nid d'Aigle na 2400m i potem wskakują w 2 dni
tam-i-z-powrotem. Ale przecież my na łatwiznę nie idziemy!
Tak więc zziajani i zmachani dotarliśmy do schroniska Tete
Rousse na wys. 3160m. Warto zadzwonić o poranku danego dnia
i dowiedzieć się o wolne miejsca (Tel. Tete Rousse:
0450544093 :: Gouter: 0450582497). Często się zdarza,
że biura turystyczne, które zarezerwowały wszystko już pół
roku wcześniej, rezygnują potem i jest szansa na spanie w
łóżku, a nie na podłodze. Przy okazji: koreczki do uszu to
obowiązkowe wyposażenie! Sale są 20-to osobowe i bez nich
nie ma szans na spokojny sen! Nocleg, czy to na podłodze,
czy w wyrku: 25 Euro.
Dźwigaliśmy
ze sobą całą masę sprzętu. Plecaki ważyły po 25 kg. Mieliśmy
prowiant, karimaty (w razie spania na podłodze), śpiwory,
50m liny 12tki (zupełnie niepotrzebne - wystarczyłoby
20m/8mm - no chyba, że załamałaby się pogoda i ktoś wpadłby
do szczeliny lodowcowej). Były też śruby lodowe, taśmy,
repiki, karabinki. Eh! W sumie byliśmy gotowi na wszystko i
trochę z zazdrością patrzeliśmy na tych, co gotowi na
wszystko nie byli, ale za to mieli tylko malutkie plecaczki
;-)
 |
 |
Najniebezpieczniej jest na grani Goutera - pomiędzy
schroniskiem Tete Rousse a schroniskiem Goutera (3820m).
Jest to stroma ściana na 4 godziny podejścia, pieszczotliwie
nazwana przez alpinistów: Rolling Stones Couloir, a to
dlatego, że ciągle spadają tam kamienie. Trzeba ją
przechodzić wcześnie rano, póki kamienie są zmrożone i
słoneczko nie wprawi ich w ruch. Konieczny jest oczywiście
kask. Tam też najbardziej przydają się taśmy i karabinki,
którymi można się wpiąć w stalowe liny umieszczone w skale w
najbardziej ekstremalnych miejscach. Tam straciłem aparat,
który stwierdził, że sobie polata, i wypiąwszy się z mojego
plecaka, poleeeeeciał w śnieżno-skalną otchłań. To dlatego w
tym artykule jest tak mało zdjęć. To, co jest, to zdobycze
naszych komórek. Na szczęście ostała się kamera, a studio
xtomek Pictures już produkuje film ;-)
Pierwszy
dzień zajęło nam podejście do Tete Rousse, drugi do Goutera
i popołudniowe kilkugodzinne topienie śniegu (dla dwóch osób
trzeba było ok. 4 litrów na samo uzupełnienie płynów, żeby
się nie odwodnić). Na tych wysokościach traci się o wiele
więcej wody niż zwykle - pocenie jest mało odczuwalne, bo
jest zimno, a do tego oddychanie, o wiele częstsze, bo mało
tlenu. Wypić 2 litry płynów dziennie to podstawa. Trzeba też
pamiętać o minerałach w tabletkach do rozpuszczenia w wodzie
(zwłaszcza potas i sód). Roztopiony śnieg jest praktycznie
wodą destylowaną i zamiast uzupełniać minerały w organizmie
- wypłukuje je. Przy okazji udowodniliśmy po raz kolejny, że
Polak potrafi
Na dachu schroniska Goutera jest sporo śniegu, który
roztapia południowe słoneczko - wystarczy podstawić menażki
na rynnę i już! :-)
Szybko i bez marnowania gazu! A kwestie grzybków i innych
pleśni rozwiał szybko pan doktor Paweł: "Na tej wysokości?!"
;-)
Ostatni etap
wspinaczki zaczyna się między 1 a 2 w nocy. Ktoś to nazwał
"masowym eksodusem ze schroniska". I tak to wygląda. Rząd
kilkudziesięciu czołówek wspinających się trawersem pod
górkę sprawia wrażenie choinki. Zabłądzić nie
sposób, bo idziemy grzecznie jeden-za-drugim. Podejście
zajęło nam 5 godzin i 20 minut. Niezły czas, zwłaszcza, że
tydzień wcześniej był tam Zinedine Zidane i zajęło mu to 6
godzin (a do tego jeszcze przywieźli go do schroniska
helikopterem :P). Tak więc stanęliśmy na szczycie o 7.50
rano. To było niesamowite. Wszystko wydawało się takie
malutkie. Pogoda była krystaliczna - mogliśmy podziwiać
widoki aż po sam horyzont. Po drodze dołączył do nas
wspomniany już wcześniej Jose - Hiszpan, którego dwaj kumple
musieli odpuścić. Jose dowiązał się do naszej liny i razem z
nami wziął też udział we Mszy Świętej na szczycie. Było
strasznie zimno - zamarzło wino w kielichu! Rękawiczki
ośmieliłem się zdjąć tylko na Podniesienie i Komunię. Ale
warto było! Kto wie, może to pierwsza w historii Msza na
Dachu Europy ;-)
Przy
schodzeniu dopadło mnie totalne osłabienie. Musieliśmy się
zatrzymywać co 20 minut i miałem kłopoty z koncentracją (80%
wypadków w górach zdarza się przy schodzeniu i ta świadomość
wcale nie dodawała mi otuchy). W końcu Paweł zarządził
postój na herbatkę przy stalowym schronie Bivouac Vallot
(4360m). Wypiłem pół litra i po 20 minutach okazało się, że
całe zmęczenie przeszło - tak na własnej skórze poznałem, co
to znaczy odwodnić się i stracić przez to siły. Sam Vallot
jest o tyle ciekawy, że w zeszłym roku wyremontowano tam
toaletę :P za "jedyne" 145 tysięcy Euro! Są w niej nawet
baterie słoneczne! Ale nie skorzystaliśmy ;-)
Po zejściu
do Goutera rozważaliśmy natychmiastowe zejście do
cywilizacji, jak to robi wielu, ale stwierdziliśmy, że
jesteśmy zbyt padnięci na schodzenie tą odlotową granią. W
dodatku pogoda zaczęła się psuć i grzmiało gdzieś na
horyzoncie. Tak więc wciągnęliśmy obiadek (zupka chińska na
pierwsze danie, pasztecik z puszki z chlebkiem na drugie i
Słodka Chwila na deser), uzupełniliśmy płyny (obowiązkowe 2
litry), wetknęliśmy w uszy stopery i za jedyne 25 Euro
zapadliśmy w słodki sen, by rano wreszcie zejść do
cywilizacji.
 |
 |
Schodzenie
granią Goutera jest jeszcze bardziej ekstremalne niż
wchodzenie. Zajęło nam jakieś 2,5 godziny. Nieco niżej
spotkaliśmy "naszych" w słynnym schronie Baraque Forestiere.
Całkiem fajne miejsce na nocleg i chyba często nocują tam
Polacy (przy wchodzeniu też spotkaliśmy jedną ekipę). Po
zejściu do górnej stacji kolejki Tramway du Mont Blanc
postanowiliśmy iść wzdłuż torów (jest tam szlak, choć pani z
obsługi odradzała nam wędrówkę tą drogą). Szlak przepiękny i
warto nim się przejść, tak samo, jak drugą opcją - jeszcze
piękniejszą - przez Chal. de l'Are (tamtędy podchodziliśmy -
prawdziwie alpejskie łąki i widoki, tylko pół godziny
dłuższy niż ten wzdłuż torów).
I w zasadzie
to już... 4 dni aklimatyzacji, 4 dni ataku szczytowego, 2 dni
odpoczynku, czyli szwędania się po Chamonix, wydawania
ostatnich Euro w sklepach turystycznych, oraz (a jakże!) w
restauracji na żabie udka i ślimaki... mmm, mniam! :-)
Wróciliśmy
szczęśliwi i dumni z siebie. Choć do tej pory zastanawiamy
się, co było większą przygodą - zdobycie najwyższego szczytu
Europy, czy nocleg w jamie śnieżnej. Ale to chyba nieważne
- jedno i drugie na pewno jest "wyprawą życia". |