Sylwester w Zakopanem
Bitwa na peronie, trzy godziny spóźnienia, miejscówka w kibelku... PKP - WAŻNE, ŻE JEDZIESZ! Tak oto bohaterem wyjazdu stały się nasze polskie koleje, dostarczając dodatkowych, niezapomnianych wrażeń, przy których sylwestrowa noc, to zaledwie mgliste wspomnienie (choć możliwa jest też teoria, że mglistość wspomnień sylwestrowych wynika z innych czynników, ale ten etap pomińmy milczeniem).
Nasza "Gościńcowa" ekipa znów miała okazję świętować Sylwestra w Zakopanem. Tradycja? Tak, stanowczo tak. I to święta tradycja. Wyruszyliśmy oczywiście kilka dni wcześniej, żeby nie tylko balować, ale też rozsmakować się w Tatrach otulonych zimową pierzynką. Warunki były cudowne, bo parę dni wcześniej powiał halny, a jak wiadomo halny jest ciepły, więc rozpuścił wszelkiej maści lawiniska, nawisy śnieżne, puchowe poduszki i inne zimowe zasadzki na szlaku, a potem - tuż przed naszym przyjazdem - spadło łagodnie 20 cm świeżego śniegu, czyli w sam raz do super widokowych wędrówek. Do tego nasza prywatna święta od pogody, czyli św. Irenka, załatwiła nam naprawdę fantastyczne słoneczko i niebieskie niebo (mimo, że prognozy wcale nie były tak optymistyczne). Tak więc nie pozostało nic innego, jak zdobywać szczyty, no i trochę dolin.
Zaczęliśmy od Tatr Zachodnich - czyli Grześ (1653m), Rakoń (1879m), a dla hardcorów - Wołowiec (2064m), z drogą powrotną nieszczęśnie długą doliną Chochołowską oczywiście. Pierwszy dzień i pierwsze przygody: Marzenka trochę przeholowała z wysiłkiem i w schronisku nasi nadworni medycy zdiagnozowali u niej coś-tam-coś-tam, więc trzeba było zadzwonić po TOPRowców. Na początku stawiali opór, ale jak im Dzika wytłumaczyła profesjonalnie, po lekarsku, "o co chodzi", to nawet helikopter chcieli przysłać. Obyło się jednak bez "śmigła", a Marzenka miała darmowy transport górską karetką w towarzystwie dzielnych (i ponoć nawet przystojnych - ale to nieoficjalne zeznania) chłopaków z TOPRu. Wszystko dobrze się skończyło, ale na drugi dzień postanowiliśmy zrobić bardziej "lajtową"
trasę. A była do Dolina Gąsienicowa. No i gdyby tylko dolina, to rzeczywiście trasa byłaby lajtowa, ale jak to z nami bywa, w Murowańcu (dla niewtajemniczonych - chodzi o schronisko w Hali Gąsienicowej), czując niedosyt (mimo, że szarlotka na ciepło była bardzo sycąca), no więc w Murowańcu podjęliśmy decyzję, że jedna ekipa idzie nad Czarny Staw, podziwiać Orlą Perć, a druga ekipa zdobywa Kasprowy Wierch (1987m). Maciej i Hania postanowili zrealizować oba plany.
Czarny Staw okazał się idealnym miejscem do zareklamowania naszego Duszpasterstwa, co skrupulatnie
wykorzystali co odważniejsi. Natomiast Kasprowy stał się dla niektórych istnym Everestem: w końcówce "ataku szczytowego" było stromo i baaardzo ślisko. Raki byłyby wybawieniem, ale mieliśmy tylko dwie pary. Tak więc ekipy ratunkowe w osobach Filipa i Księdza kursowały w-te-i-we-wte asekurując wejście reszty ludków. Samozwańczy ratownicy tak się rozochocili, że na Kasprowym wraz z Łukaszem i Tomkiem zdecydowali iść dalej, czyli w kierunku Kopy Kondrackiej (2005m) (jak wspomniałem, dzięki halnemu nie było nawisów śnieżnych, więc szlak był relatywnie łatwy). Na dół jedni zjechali kolejką linową, a nasza czwórka zjechała przełęczą do Doliny Kondratowej, wykorzystując "pełną moc dupolota", dzięki czemu w schronisku byliśmy jeszcze w porze obiado-kolacji, co oczywiście wykorzystaliśmy.
Kolejny dzień to już Sylwester. Przygotowania objęły całą chatę: najpierw spis, kto robi sałatki i co do nich
potrzebuje, potem zakupy: baloniki, serpentyny, napoje, szampan oczywiście, wreszcie wspólne przygotowania jedzonka i dance-flooru (niektórzy zaczęli już o 14.30 dzięki czemu mieli dodatkową godzinkę na make-up, ewentualnie na popołudniową drzemkę). Słowem istny Armagedon. Cała chata się trzęsła. Ale za to impreza była full-wypas (najwytrwalsi poszli spać o 6ej rano).
Nowy rok przywitaliśmy szampańsko na pobliskiej górce, podziwiając fajerwerki z całego Zakopanego. Potem jeszcze tradycyjny nocny-noworoczny zjazd na dupolotach, po którym o. Jakub, nasz kaznodzieja rekolekcyjny, stwierdził, że wreszcie wie, co to znaczy "pełna moc dupolota". Podsumowany przez xTomka, że "jeszcze nie wie", stwierdził, że nie będzie się kłócił, bo "Cezar się nie kłóci. Cezar stanowczo wyraża swoją opinię".
A’propos - monologi Cezara z "Asterixa&Obeliksa" inspirowały nas każdego dnia, a zwłaszcza ich wszelkiej maści przeróbki, jak choćby w drodze powrotnej, w zatłoczonym pociągu xTomek: "Cezar nie stoi. Cezar daje odpocząć pośladkom". W rankingu "tekstów Cezara" zwyciężyli ex aequo: Wojtas: "Cezar nie ma fajnych fotek. To fotki mają fajnego Cezara" oraz o. Jakub: "Cezar nie zapomina. Cezar czeka na właściwy moment". Nagrody prześlemy pocztą pantoflową lub głuchym telefonem.
Były też oczywiście narty (dla niektórych pierwszy raz w życiu) i Krupówki, rzecz jasna, oraz Krzeptówki - w końcu Pallotyni tam urzędują, więc to obowiązkowy punkt programu. Niektórzy wdrapali się na Gubałówkę, inni na Sarnią Skałę, jeszcze inni wdrapali się po schodach na strych. A ja tam byłem, miodu nie piłem (tylko inne specjały) i na tym koniec i bomba itd. itp.
Komentarze