Pewnego dnia, na poznańskim dworcu spotkało się kilkunastu śmiałków, by wyruszyć wspólnie na spotkanie niesamowitej przygody - Spływ Kajakowy Rzeką Wdą. Był to początek długiej drogi, pełnej niesamowitych zwrotów akcji i nieoczekiwanych wydarzeń. 

Przede wszystkim były to jednak Rekolekcje na Wodzie, czas zadumy nad swoim życiem w otoczeniu piękna przyrody, a także świetna zabawa z fantastycznymi ludźmi. Po podróży z Poznania nasza ekipa dołączyła do reszty spływowiczów, którzy czekali na nas w Lipuszu. Po mszy świętej przyszedł czas na ognicho, które płonęło mimo deszczu. Humory dopisywały wszystkim. Gdy deszcz rozpadał się na maksa, impreza przeniosła się do namiotów. W namiocie, który teoretycznie powinien pomieścić trzy osoby w kulminacyjnych momentach znajdowało się ich 14! Szanty i innego rodzaju pieśni, z nieśmiertelną "Dżdżownicą" na czele, umilały nam czas w tym pakownym namiocie. Następnego dnia z niepohamowanym entuzjazmem powitaliśmy nasze okręty. W chwili pierwszych uderzeń wioseł o wodę przygoda zaczęła się na dobre. Niektórzy (w tym ja) płynęli po raz pierwszy. 

Wszystko gotowe, już fały ręce trą,
Ładunek na dole dobry mamy,
Dzielne chłopaki już na handszpaki prą,
Płyniemy hen, do Lowlands Low

Wda jest rzeką niesamowicie malowniczą, nieskażoną cywilizacją, obfitująca w dziewicze tereny, gdzie człowiek może lepiej poznać sam siebie i zbliżyć się do Boga. Malownicze serpentyny, powalone drzewa, cisza i spokój, oto obraz jakim nas przywitała. Pierwszy dzień był nieco męczący - przepłynęliśmy ponad 20 km, z czego część przez jezioro. Po dopłynięciu do przystani we Wdzydzach Kiszewskich czekał na nas pyszny obiad, a dzięki naszemu śpiewaniu przez duże ,,Ś”, pani właścicielka Tawerny zasponsorowała nam prysznice.
Zresztą od początku spływu mieliśmy szczęście spotykać na naszej drodze przemiłych ludzi. Np. następnego dnia, po mszy świętej, podeszła do nas pani, która zaoferowała nam pyszne śniadanie (jajecznica z kurkami... mniam).

Dni spływu upływały nam pod znakiem bardzo interesującej pogody (doświadczyliśmy prawie wszystkich jej rodzajów), no, może za wyjątkiem śniegu :) Mieliśmy i słoneczne, ciepłe dni i były też momenty deszczowo-wietrzne. Chyba na tym polega jednak prawdziwy spływ, by doświadczyć wszystkiego po trochu. Piąty dzień naszego spływania przypadł na piątek, był to dzień odpoczynku, spędzony w niezwykle malowniczym miejscu. Tego dnia, jak co dzień, była msza święta, medytacja, ale także adoracja najświętszego sakramentu. Każdy z nas spędził magiczne pół godziny w namiocie spotkania, w obecności Boga.

W czasie spływu pogłębialiśmy więzi z Bogiem i ze sobą nawzajem. Niektórzy przełamywali swój strach przed pająkami, inni wytrwale trenowali pojemność płuc :) Było mnóstwo emocji, a właśnie a’propos - najwięcej emocji przyniósł nam dzień 8, poniedziałek. Tego dnia mieliśmy piękną pogodę i nic nie zapowiadało szybkiego zwrotu akcji. Płynęliśmy w bardzo dobrych humorach, szerokim autostradowym korytem rzecznym, podziwiając widoki i żartując. Kapitan mojego kajaka, a był nim sam Admirał - xTomek, umilał nam czas udając gondoliera i śpiewając. Nagle sytuacja uległa zmianie - okazało się, że musimy przepłynąć oprócz 23 kilometrów jeszcze dodatkowe 13 zaplanowane na dzień następny. Wszystko zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczął podać deszcz, wiało i zaczęło się robić ciemno.

Bosman i Stary już na pogodę klną
Lecz my się burzy nie boimy.
Czy wiatry dobre, czy w pogodę złą,
Płyniemy hen, do …Błędno

Taką piosenkę śpiewał w kajaku Admirał, bo to do Błędna w rzeczywistości płynęliśmy. Wybaczcie mi tu osobistą refleksję, ale bawiłam się wtedy niesamowicie! Im więcej lało, im więcej błyskało, tym bardziej czułam przypływ adrenaliny i pozytywnych emocji. Do Błędna dopłynęliśmy w środku nocy, nieco po omacku, zmoczeni do ostatniej nitki, ale szczęśliwi. Na miejscu czekał na nas pan Adam - właściciel kajaków - z pysznym obiadem. Chyba nigdy wcześniej tak bardzo nie smakował mi rosół i devolay, który rozpływał się w ustach. Był to po prostu smak szczęścia.
Jest wiele smaków, które podczas spływu odkryłam na nowo. Pomidorówka gotowana przez naszego Admirała była rewelacyjna. Ten dźwięk łyżek uderzających o menażki... och rozmarzyłam się... ta jajecznica z 90 jaj, smażona na kuchenkach gazowych, grochówka gotowana przez niezwykle sympatycznego Mistrza Juliusza, którego spotkaliśmy ostatniego dnia w Tleniu. Smak tych potraw, dźwięk szant, bliskość Boga i niesamowici ludzie - Ci, których spotkaliśmy po drodze i Ci, którzy płynęli z nami. Nasz Admirał, który fantastycznie pełnił obowiązki kapłana, dbał o nasz dobry humor, oprócz tego fantastycznie śpiewał i wiosłował :) Usłyszeliśmy od Księdza Tomka wiele ważnych i mądrych słów, było też wiele żartów i przekomarzań, mnóstwo pozytywnych emocji, wiele się od naszego Admirała nauczyliśmy. Wszystko to na zawsze zostanie w moim sercu i w sercach wszystkich spływowiczów.

Kiedy ci smutno i oko zajdzie mgłą,
I czujesz się jak patyk od kaszanki,
Zapakuj worek i uciekaj stąd.
Płyn z nami hen, do Lowlands Low

Joanna Jankowska
starszy bosman
 

 

Komentarze 

 
#1 2010-09-06 09:10
Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Już nie mogę się doczekać październikoweg o spotkania! A w głowie ciągle tkwi chiru riru..:P
Cytować
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Facebook: podziel się
Odsłon : 144504
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości 
Pomoce:
Kontakt